Meblarski upcycling

with Brak komentarzy

Nowa Zelandia jest droga. Powiedziałabym, że średnio 2,5 raza droższa niż Polska. Różnica jest najbardziej odczuwalna na produktach, na których trudno oszczędzać, czyli na jedzeniu. Owoce i warzywa stanowczo wiodą prym i ciągną tę średnią w górę.

Wprowadziliśmy się tutaj już prawie miesiąc temu. Wynajmowane mieszkania zazwyczaj świecą pustkami i trzeba je sobie samodzielnie umeblować. Gdybym miała kupować nowe meble, pewnie powoli zaczynałabym przymierać głodem;) Na szczęście, kiwusi są bardzo świadomi swojego wpływu na środowisko, które jest ich narodową dumą. Niezwykle rozwinięty jest więc rynek wtórny dóbr wszelakich, w tym mebli. Można upolować naprawdę piękne, upcyclingowane perełki, ale wiąże się to z określoną cenówką. Najekonomiczniej jest odnaleźć ten właściwy kształtem i stylem mebel, a następnie dopasować go do własnych potrzeb i gustu. To właśnie zrobiliśmy z półką na buty w przedpokoju.

Cały mini projekcik zajął mi około tygodnia. Najpierw musieliśmy jegomościa rozebrać na czynniki pierwsze, wyczyścić i delikatnie zmatowić papierem ściernym. Wynalazłam taki przyklejony do gąbki, co przyspieszyło trochę proces. Marzy mi się szlifierka, ale jak coś takiego kupię, F. mnie wyprowadzi z tego domu…

Dalej poszły dwie warstwy podkładu. I tutaj 24 godziny czekania między jedną a drugą. A na koniec dwie warstwy farby.

Mebel kosztował ok. 50$, podkład ok.20$, a farba kolejne 20$. Musieliśmy też kupić pędzle i wałki. Może nie jest to bardzo mało, biorąc jednak pod wagę warunki – nie ma szans, żebym znalazła coś takiego w takiej cenie. No i oczywiście satysfakcja całkiem spora. Nasz ekologiczny footprint też znacznie mniejszy. Ja jestem w 100% zadowolona:)

 

Polujemy jeszcze na stolik kawowy. Odnowiliśmy też szafkę na bieliznę w sypialni, więc szykuje się trochę więcej tematów wnętrzarskich. Tym bardziej, że maszyny potrzebują jeszcze sześciu tygodni żeby do mnie dopłynąć…