Back on track – 7×7 tydzień jedenasty

with Brak komentarzy

 

Przyszedł pierwszy kryzys.

Wywołany był koszmarną zmianą światła, z letniego na jesienne. Aura o poranku nie jest już sprzyjająca, i szczerze mówiąc, nie wiem jak dziewczyny (i chłopaki) piszące blogi sobie z tym radzą. Przecież cały czas w ciągu dnia, kiedy dostępne jest porządne światło, aktualnie spędzam w biurze. Nie mam jeszcze remedium, pewnie powinnam zamontować sobie porządną lampę.

Więc kryzys wywołany został przez lampę. A właściwiej jej brak. Dalej już posypało się niczym house of cards;) Bez zdjęć nie byłam w stanie trackować, co i kiedy nosiłam. Pierwszy kryzysowy tydzień trzymałam się jeszcze w ryzach, drugi już mniej, trzeci popłynęłam zupełnie. Gdzieś obok dopadł mnie zakupowy szał. Nie powstrzymałam się. Do mojej pokaźnej już kolekcji dołączyła para botków. Z których nota bene jestem bardzo zadowolona, ale to nie jest przedmiotem dyskusji. Skusiłam się też na krótką wizytę w lokalnym sklepie z używaną odzieżą i wyłowiłam genialny sweter. Znów – bardzo jestem zadowolona z zakupu, ale nie w tym rzecz.

Któregoś dnia rano stanęłam przed lustrem – efekt taki sobie. Szybkie przebieranie. Znów nie powala. Więc kolejny zestaw. Na łóżku rośnie już mały kopiec. I wtedy pomyślałam:

 

„Zaraz zaraz. Przecież tego właśnie miałam nauczyć się unikać!” 

 

Zbudowałam nawet w tym celu pokaźny zestaw narzędzi! Wyszłam z domu niezadowolona z tego, jak wyglądam, ale z planem powrotu na właściwa ścieżkę. Więc wracam. Na tapecie w tym tygodniu, z którego wówczas pozostały już tylko 4 dni, 7 sztuk ubrań.

Cały czas kuszą mnie sklepowe witryny. Niestety wizyta na mojej siłowni wiąże się z przespacerowaniem kilku pięter centrum handlowego. Mam kilka upatrzonych sztuk, ale grzecznie czekać będę kolejne 10 tygodni żeby sprawdzić, czy aby na pewno.

I’m back. Trzymajcie kciuki żeby kolejne 10 tygodni poszło już bez wpadek. Zdjęć z tego tygodnia nie ma, ale obiecuję od poniedziałku zabrać się do roboty.

 

Tymczasem, podzielę się zdjęciami z mojego weekendowego wypadu do genialnego Berlina:)