#7×7 slow fashion challenge

with Brak komentarzy
Porto, sierpień 2015



Dużo miejsca w mediach poświęca się trendowi slow life. Niejeden bloger włącza tematykę do swoich publikacji, niejeden w 100% zajmuje się wyłącznie nią. A że jest to dość szerokie pojęcie, robi to z niemałym sukcesem. Sporo zostało już powiedziane na ten temat. Chętnie dodałabym niejedno od siebie, przed czym bardzo się powstrzymuję, nie chcąc wprowadzić chaosu ani tutaj, ani tym bardziej w mojej głowie. Obiecuję wrócić do tematu jak tylko moje przemyślenia zdążą nieco dojrzeć i okrzepnąć.

Jest takie zagadnienie, które dzięki moim aktywnościom szyciowym, jako pierwsze pojawiło się na moim prywatnym horyzoncie slow life. Jest nim slow fashion, czyli w dość nieudolnym tłumaczeniu ‚powolna moda’. Nie chcę wchodzić teraz w warstwę wartości i celu samego procesu upraszczania szafy. Mam wrażenie, że temat jest w dużej mierze wyczerpany przez kilka blogerek, do których odniosę się za chwilę. Moje aktywności w tym obszarze do tej pory przejawiały się w procesie analizy szafy i uzupełniania jej we własnym zakresie. Zdaje się jednak, że dotarłam do momentu, w którym albo pójdę krok dalej, albo nieuchronnie zacznę się cofać.

Jak wspomniałam powyżej, kilka osób ma całkiem spory wpływ na zarówno mój sposób myślenia, jak i narzędzia, którymi postanowiłam się posłużyć. 

I to na narzędziach chciałabym skupić się dzisiaj. Przeszłam już przez kilka kroków weryfikacji zawartości mojej garderoby, począwszy od spisania w Excelu całej zawartości szafy, poprzez pozbycie się jej znaczącej części, kończąc na uzupełnianiu, w kilku przypadkach wykorzystując raczkującą jeszcze umiejętność szycia. Całkiem bliskie są mi wszelkiego rodzaju wpadki – niestety do doskonałości w kontrolowaniu zakupów jeszcze mi daleko. Często łapię się na „inspirowaniu się“ blogerkami, pinterestem, lookbookami, które rzadko prowadzą to do rozsądnego wzbogacenia szafy, raczej do kompulsywnych zakupów i swego rodzaju polowania na trędy (niestety bez pełnej świadomości, że to właśnie robię). Jednak mój plik Excelowy, uzupełniany od czasu do czasu, pozwala mi ustawić rozsądny benchmark, po przekroczeniu którego czuję, że tracę kontrolę. Jest to proste narzędzie, które pomaga mi ją dość szybko odzyskać. Żeby nie poruszać się w sferze wyobrażeń, poniżej kawałek mojego pliku.

 

Pozwoliłam sobie pewne wartości wyrzucić. Zawartość mojej szafy niech pozostanie jeszcze na chwilę tajemnicą:)

Prawdopodobnie każda z nas ma tę granicę zdrowego rozsądku ustawioną w nieco innym miejscu. Nie mam pojęcia, czy moja jest właściwa, po prostu czuję, że przekroczenie pewnej liczby jest moim prywatnym przegięciem.

Oprócz prywatnego clothing count’u, śledzę również wydatki, które na daną rzecz poniosłam, oraz co z ciuchem ostatecznie się stało. Mam silne poczucie, że wydane przeze mnie pieniądze nie powinny prześlizgnąć mi się między palcami. Chcę widzieć wyraźnie, najlepiej w przeliczeniu na godziny mojej pracy, gdzie ostatecznie lokuję swój czas. Bo to przecież czas inwestuję w pracę, a płacę za niego otrzymają inwestuję dalej.


Czy zawartość szafy to naprawdę to, w co chcę inwestować mój czas?

Uczę się samokontroli, aczkolwiek nie ukrywam, że zakupy sprawiają mi przyjemność. Mam pełną świadomość, że jest to krótkotrwałe poprawienie sobie humoru. F. często śmieje się, że większość sprzedawców w centrach handlowych rozpoznaje mnie jako „tę od zwrotów“, ponieważ dość często powracam do zmysłów po paru godzinach od zakupów… Lub „tę od reklamacji“, ale to już zupełnie inny temat.

Polecam listę Excelową każdemu, kto czuje, że stracił kontrolę. Wymaga trochę czasu, szczególnie jeżeli rzeczywiście tej kontroli nie mamy, ale pozwala zorientować się w tym, gdzie aktualnie jesteśmy. Nie jestem zapewne mistrzem designu, aczkolwiek trochę czasu poświęciłam na template mojej listy, dlatego załączam wersję do ściągnięcia poniżej. Być może ktoś zaoszczędzi dzięki temu 15 minut życia.

Zamykając ten przydługi wstęp, postanowiłam pójść przetartym już szlakiem, dokładnie przez Kasię z Simplicite, i spróbować jej pierwszego pomysłu, który z resztą wielokrotnie chwaliła jako skuteczny start.

Zaczynam wyzwanie 7 ciuchów w 7 dni.

I niech ta publiczna deklaracja pomoże mi wytrwać w postanowieniu.

Start: 15 sierpnia
Cel: wytrwać do końca sezonu letniego, a następnie przetrwać sezon jesienny bez zakupów, wykorzystując to co mam. Co to w praktyce oznacza? Nie kupuję do końca grudnia. Przyznam, że po napisaniu i przeczytaniu tego tekstu, dziś brzmi to dla mnie dość nierealnie…
Co dalej? Zobaczymy. Stawianie sobie długofalowych celów rzadko spotyka się (w moim przypadku) z realizacją.

Co to znaczy 7 ciuchów w 7 dni? Tyle, że w poniedziałek rano ze swojej szafy wybieram 7 sztuk ubrań (poza bielizną) i przez 7 dni miksuję je tworząc stylizacje, i ucząc się, że od braku przybytku głowa również nie boli:)

Od dziś co weekend publikować będę rezultat z danego tygodnia. Zrobię to po swojemu, więc z 7-dniu sztuk wyłączam tzw. „ciuchy po domu“, piżamy, dres na spacer z psem i na trening. W wyzwaniu bierze udział najdłuższy kawałek dnia, więc czas, który spędzam w biurze, w drodze do biura, lub z drodze z biura, czyli sumując minimum 10 godzin dziennie. Brzmi sprawiedliwie?

Czas start!

Wszelkie słowa zachęty, wsparcia, krytyki i wszystkiego, co można mieć w zanadrzu – mile widziane. Ostatecznie robię to dla siebie, aczkolwiek element „publiczności“ wyzwania na pewno jest motywujący.

Dla ciekawych, Excel dostępny tutaj